Awarie
Dużą wadą tramwajów jest to, że potrafią się popsuć w najmniej oczekiwanym momencie. Przykład z życia. Spieszę się na ważne spotkanie. Bynajmniej nie towarzyskie, bo na takim spóźnienie się, nie było by niczym złym, ale nie o tym mowa. Jadę, przejechałem koło czterech przystanków. Nagle czuć smród, jakby spalenizną gumy. Tramwaj jedzie dalej. Zatrzymuje się na następnym przystanku i niestety nie rusza już z niego. Motorniczy wchodzi do wagonu i mówi, że niestety silnik się zapalił i nie można dalej jechać. Oczywiście bardzo się wtedy zdenerwowałem i nie omieszkałem zarzucić wiązanki przekleństw. Nie chodziło tu już o zmarnowaną złotówkę za bilet (przecież nikt mi nie odda, a powinni), ale o to, jak ja się dostanę na to spotkanie. Autobusów w rejonie gdzie wysiadłem brak. Postanowiłem przejść się, zadzwoniłem i powiedziałem, że się spóźnię. Idę i idę. Jestem mniej więcej między jednym a drugim przystankiem. Patrzę, a tam jedzie tramwaj, zacząłem biec do przystanku następnego, jednak nie zdążyłem. Tramwaj odjechał beze mnie. I jak tu się nie zdenerwować? Gdyby motorniczy powiedział, że za chwilę będzie mógł dalej jechać, to bym poczekał. Z drugiej jednak strony skąd miał wiedzieć, że wszystko powróci do normy.